Półśrodki niejasności nieścisłości
Nie...nie to nie dla mnie
Półprawd nie uznaję nimi się nie karmię
Bo co przynoszą niejasności?
Gdy mętlik nastaje w głowie
Gdy dążysz do własnej prawdy
Lecz ktoś tak patrzy wymownie
Gdy grymas jego ust jest prawdą wypisaną
Lecz wije się w tych półprawdach
I oczy go kłamstwem palą...palą
Nieścisłość sama w sobie
Może i nie jest nazbyt zła
Lecz gdy dotyka duszy
W oku zakręcić się może łza
Chcesz półprawd? Nieścisłości?
Chcesz mącić myśli czyjeś?
Nie uda ci się z kimś Kto prawdę twą odkryje
Bo gdy ktoś przeżył swoje I wiele w życiu doświadczył
Tych żmijowatych półprawd na dzisiaj mu starczy
Może i byłoby miło
Zanurzyć się w tej iluzji
Zapomnieć o dniu wczorajszym
Poddać się złudnej transfuzji
Lecz czy to da korzyści? I spokój sercu przyniesie
Śmiem wątpić we własne myśli
Chyba je schowam w kieszeń
Bo prawda jest tylko jedna ona wszystko wskazuje
I nie jest wcale wredna Lecz gdy musi to zlinczuje to zlinczuje!
Życie weryfikuje wszystko Czy chcesz tego czy nie
Jest jak zorzy zjawisko Błyszczy nawet we mgle
Możesz tak drążyć w półśrodkach
W kłamstwa ubierać słowa
Lecz prawda jest zwykle wiotka
Odkryje te kłamstwa w słowach
Nie wiem co jeszcze powiedzieć
Senność dopada mnie dziwna
Lecz nie chcę bezczynnie siedzieć
Być na te półprawdy naiwna
Zbyt wiele ich usłyszałam
Karmiły mnie ją inne istoty
Teraz jak tak pomyślę
Mdli mnie i zbiera na wymioty zbiera na wymioty!
Chyba nie pójdę w drzemkę
Choć taki zamiar miałam Może przeżyję tę mękę
Tych półprawd co w prawdzie ich szukałam
Ludzie są różni niestety
Nie zawsze spotkasz się z prawdą
Nieraz usłyszysz te bzdety
Co w innych są bzdurą jawną
Wysłuchać ich? Czy wściec się?
Chyba to pierwsze jest lepsze
Bo choćby to były kłamstwa
Półprawdy są nieraz lepsze
Bo nieraz niosą dobro choć iluzyjne jest przecież
Lecz gdy ktoś cierpi mocno
Prawdę lepiej schować w kieszeń
Spotkałam kiedyś człowieka
Z oczu mu dobrze patrzyło
Półprawd moje spojrzenie w jego wzroku nie wykryło
Jakże można się pomylić gdy z iluzją się zmierzysz
Gdy ktoś pięknie mówi lecz daleko mu do pacierzy
Bo choć w spojrzeniu jego głębia była ukryta
Półprawda schowana w dnie oka
Przeze mnie na początku była nie odkryta
I prawił i wciąż mówił i pląsał z potokiem słów
Aż przyszła ta jedna noc nastał kolejny nów
Nie wiem co się zmieniło Czy był to wpływ księżyca
Słowa jego jakby coś oświeciło
Spojrzał w półprawdy własnej oblicza
Ciekawa była to chwila chyba wiedział co myślę
Choć stała przede mną żmija
Rozgryzłam ją z rozmysłem!
Opowieść ma koniec ciekawy
A nawet ubrany w komedię
Bo żmija nie chciała zabawy
Spojrzała się na mnie wrednie
A Niech się patrzy niech się wije
Niech syczy i kąsa... jak robią to żmije
Niech pluje jadem choćby do słońca
Od półprawd własnych stanie się gorąca
I może kiedy poczuje ten palący ogień
Gdy zacznie coś płonąć w jej ślizgiej naturze
Stanie przed własnej prawdy słowem
Półprawda wiać będzie w prawdy wichurze
Będzie wiać w prawdy prawdy wichurze
Pomimo jej
jej żmijowatej naturze