Nieraz gdy z kimś rozmawiam
dopada mnie nagle dylemat
Zamilczeć nic nie mówić
czy podjąć jałowy temat
Czy wylać wiadro lukru nakarmić kogoś słodyczą
Czy jednak powiedzieć prawdę, niech spotka się z goryczą
Kusi mnie jednak kusi być po prostu sobą
Tak Zwyczajnie sobą być
Bo Po co przed kimś za maską mam się kryć
Więc w szczerość uderzyć wolę
choć brzmieć może ryzykownie,
Gdy wokół sami święci co kłamią tak wymownie
Wokół wokół sami święci
Co kłamią kłamią tak wymownie
Wymownie
niestety cukru nie lubię
Nie znoszę również różowej otoczki
Od tego dostaję mdłości wysypki i białej gorączki
Bo Gdy próbuję tak słodzić czuję się dziwnie brudna
Jakby ta cała grzeczność była za bardzo nudna za bardzo za bardzo nudna
Ocieram więc twarz z kurzu zdejmuję tę maskę wesołą
Zaparzam sobie kawę tak czarną
czarną jak smoła
I słucham tego bełkotu choć uszy mi prawie zwiędły
Powinnam dostać medal za moje stalowe nerwy
Lecz ile słuchać można? Tak słuchać ciągle słuchać
Nie lubię monologów W szermierkę wolę ruszać
Na język cisną się słowa tnące jak ostra brzytwa
To będzie ciekawa rozgrywka, to będzie niezła gonitwa
I Wiem że gdy je wypowiem pęknąć może czyjeś ego,
Bo prawda dla wielu to coś...
Coś skrajnie niebezpiecznego
Skrajnie niebezpiecznego
Cóż jednak
Niejedną batalię w swym życiu
W swym życiu już przeżyłam
Choć rzadko to była rozmowa – raczej to była tępa piła
Bo gdy chwytam za merytorykę i za twarde argumenty
w zamian dostaję pyskówkę i tanie sentymenty
Nie będę tu prawić o „elokwencji” tamtej pewnej chwili
Bo rozmówca niestety miał wdzięk... wdzięk jadowitej żmiji
Gdy rzucał we mnie słowami tym błotem i gównem o ścianę
Czułam jak krew burzy się we mnie– to było wręcz niesłychane
On myślał że to salony że to światowa estetyka
Że płynie w elokwencji niestety koślawo utyka
I Solił swoje mądrości z miną wielkiego stratega
Choć merytoryka u niego kuleje i ślepo biega
To miała być szermierka finezyjne cięcia i pchnięcia
Lecz on zamiast floretu, używał młotka bez pojęcia
Chciał pieprzyć o wzniosłościach o duchu i o formie
Jedyne co mu wyszło to pieprzenie w stałej normie
gdy on tak dalej perorował gubiąc wątki i sensy
Ja włączyłam dyplomację – mój pancerz najskuteczniejszy
Mój stoicyzm – mur chiński o który on głową tłukł
Nie dałam mu satysfakcji - bym poczuła nerwowy huk
Bo po co psuć tą zabawę swoim własnym wzburzeniem
Lepiej skwitować ten bełkot wymownym milczeniem
kiwnęłam więc głową lekko z gracją godną królowej
Zamykając bez słowa rozdział tej męki męki jałowej
On został tam z pieprzeniem, z tą solą z tym marudzeniem,
Ja wyszłam tak spokojnie– ze swoim własnym cieniem.
Bo elokwencja prawdziwa tam właśnie bierze miarę,
Gdzie mądry wie, kiedy przestać... nie karmić głupca darem.
Nie nie nie nie karmić głupca darem
I Tak skończyła się moja degustacja goryczy
Gdzie język nie płynie lekko lecz w bełkocie syczy
Gdzie język nie płynie lekko nie nie nie
Lecz w bełkocie syczy
Syczy syczy syczy
W bełkocie syczy