Wymyśliłam sobie ten jeden letni dzień
Tylko mój nikogo innego
By nikt nie zakłócił spokoju mojego
Z dala od wszystkich, od zgiełku i chaosu
Od ciągłych krzyków a nawet i donosów
Bo gdy tak nieraz patrzę z boku na ludzi
Dziwna odraza i niechęć się we mnie budzi
I nie ja tutaj teraz nie generalizuję
Wszak nie jestem kimś kto ludzi szufladkuje
A potem swoje opowieści o nich snuje
Życie jednak mi pokazało kim jest nieraz obce ciało
Więc mogę powiedzieć śmiało, nie wahając się wcale
Od takich osób najlepiej trzymać się jak najdalej
Lecz pomijając tą kwestię...
Wymyśliłam sobie mój dzień i właśnie w nim jestem
Ta cisza ta błoga cisza której nikt mi nie zakłóca
Nie ma w niej gorzkich żali ani kolejnego tyrana i buca
Jest tylko morze To moje spokojne morze
szum jego fal i latające wokół niego ptaki
W tafli odbijają się słońca promienie
A ja...ja tak sobie siedzę odpoczywam
Uciekam w kolejne moje marzenie
Mogłabym teraz powiedzieć o fazach i ekstazach jakie mnie wtedy ogarnęły
Lecz zostawię je morzu W jego głębinie ze mną utonęły
Bo to był mój dzień mój prywatny dziki ląd
Gdzie każdemu „świętemu” mówię teraz- wont!
Mam w nosie ich donosy i ich szare twarze
Dzisiaj nad morzem swoje życie smażę
I tylko Cisza jest głośna gdy serce mi wali
I morze... morze wie wszystko, jest ze mną na fali jest jest na fali
doceniam ciszę W niej samą siebie słyszę
Dlatego mój dzień miał być z niej zbudowany
Nie jakiś hulaszczy w chaosie rozchulały
Bo po co mi inni ich huki i wystrzały
Jeśli z samotnością można spędzić czas
Posiedzieć z nią przy kawie Iść na spacer w las
I po plaży pochodzić z morzem poobcować
Swój świat własnymi kolorami po swojemu malować
Lecz nie był to tylko grzeczny spacer brzegiem
Gdy słońce nad głową paliło mnie promieniem
Czułam jak skóra pije ten żar kropla po kropli
Jakby świat wokół mnie całkiem się roztopił
Sól na mych wargach smakowała jak grzech
On wstrzymywał na chwilę nawet latających ptaków śpiew
I Nie potrzebowałam rąk by czuć wtedy przyjemność
Wystarczył letni wiatr i ta jego gorąca gęsta lepkość
Piekło mnie słońce, lecz ja chciałam więcej,
By spłonąć w tej ciszy jakby w jakiejś podzięce
to był mój dzień mój prywatny dziki ląd
Gdzie każdemu „świętemu” mówię teraz- wont!
Mam w nosie ich donosy i ich szare twarze
Dzisiaj nad morzem swoje życie smażę
I tylko Cisza jest głośna gdy serce mi wali
I tylko morze... ono wie wszystko, jest ze mną na fali na fali jest
Więc jeśli ktoś spyta co tam się działo
Powiem: „Zbyt wiele, a wciąż było mało”.
Zostawiam te fazy w głębinie pod falą
Tam gdzie się sny z rzeczywistością spalają
Ten dzień smakował wręcz wyśmienicie
Spijałam z morza fal jego tajemnicę
Doskonale...
Tak, czuję się doskonale.
Bo to był mój dzień mój prywatny dziki ląd
Gdzie każdemu „świętemu” mówię teraz- wont!
Mam w nosie ich donosy i ich szare twarze
Dzisiaj nad morzem swoje życie smażę
I tylko Cisza jest głośna gdy serce mi wali
I tylko morze... morze wie wszystko, jest ze mną na fali na fali jest na fali jest ze mną