(refren)
Fałsz ma nazwiska, twarze z rodzinnych ram,
uśmiechy jak reklamy, a w środku pusty stan.
Robili ze mnie durnia, mówili: „z ciebie nic”,
dziś stoję wyżej niż oni, mam własny krzyk i byt.
Nie wasze kłamstwa, nie wasz stół, nie wasz dom,
ja wyszedłem z gówna sam, gdy wy taplaliście się w nim.
(zwrotka 1 – rodzina)
Trzy siostry: Dari, Natalia, Patrycja — fałsz i gra,
krew nie czyni rodziną, gdy w sercu pustka i jad.
Cała reszta klanu jak teatr jednego aktu,
ploty, ocenianie, a zero realnego faktu.
Jedyna prawda — mama Beata, twarda jak stal,
choć przez nią mówiłem „tato” pięć razy, chaos mnie żarł.
Ale wyszła z gówna, nie udawała, że jest święta,
i za to ją szanuję bardziej niż każde pierdolone piętno.
A Michał? Prawdziwy facet, nie z przypadku, z czynów,
jestem dumny, że mówię „tato”, bo dał mi spokój i minimum.
(refren)
Fałsz ma nazwiska, ja mam swoją drogę,
wy w miejscu, ja w ruchu — taka jebana różnica.
Śmialiście się ze mnie, gdy byłem na dnie,
teraz patrzycie z dołu i boli was to, że żyję.
(zwrotka 2 – przyjaciele)
Fałszywi przyjaciele — gdy brakło światła, znikli,
zostawili mnie samego, gdy świat się walił w pyłki.
Zostali prawdziwi: Kamil, Nikodem, Krzychu, Krystian, Rafał,
bracia bez wspólnej krwi, ale z tym samym kręgosłupem, na zawsze.
Reszta to cienie, puste konta, puste słowa,
ja pamiętam, kto był obok, gdy pękała mi głowa.
(zwrotka 3 – szwagier i granice)
Szwagier Mariusz — w moich oczach zwykły frajer,
więcej gada niż robi, więcej udaje niż daje.
Dlatego trzymam krąg wąski jak ostrze noża:
mama Beata, Michał, Balwur — mój chłopak, moja siła, moja załoga.
(zwrotka 4 – byli i autodestrukcja)
Byli? Każdy zostawił bliznę, inną, ale głęboką.
Daffi — dziecko, fałsz, zdrada z Ksantorem w mroku.
Inkfiak — obietnice jak dym, zniknąłeś bez słowa,
jakbym był jednorazowy, jakby nic nie znaczyła ta droga.
Galen z Austrii — koszmar, zniszczyłeś mi łeb,
przez ciebie jebałem siebie, nie czułem granic, nie czułem gdzie jest sens.
Ruchałem się z każdym, byle coś poczuć, byle nie czuć pustki,
byłem dziwką do używania, tanią ulgą dla cudzej frustracji.
A potem wyrzuciłeś mnie z domu jak śmieć,
kazałeś wracać do kraju, jakby to była kara, nie ratunek, nie tlen.
Kamelcio — egoizm, zdrada, potem pretensje i jad,
zero poświęcenia, a wymagań cały jebany świat.
(zwrotka 5 – odbudowa)
Ale wstałem. Brudny, połamany, ale żywy.
Dzięki Kamil — brat, gdyby nie ty, nie byłoby siły.
Podnosiłeś mnie, gdy sam chciałem zniknąć,
dziś stoję twardo, wiem kim jestem i nie dam się wyciszyć.
(outro)
Do hejterów: możecie się pierdolić, serio.
Ja jeszcze walczę, jeszcze krzyczę, jeszcze wierzę.
Nie przestanę, nie zniknę, nie wrócę na dno —
bo fałsz ma wasze nazwiska.
A ja mam swoje. I kontrolę.