Są dni gdy mam już dość
Dopada mnie gniew dziwna złość
Mroczna burza przy mnie jest słońcem
Palę ją dzisiaj swoim gorącem
Nie godzę się na to co boli
Na to co serce tłamsi w niewoli
Nie rzucam słowem bez uprzedzenia
Jestem tornadem w ogień się zmieniam
Byłam cierpliwa i ugodowa
Znosiłam szydercze jej i jego słowa
Godziłam się być ciszą w ich szeregu
Lecz DOSYĆ Mówię Dosyć tych szeptów
Nastaje chwila gdy zrozumiesz
Z innymi walczyć siłą już umiesz
Nikt nie przekroczy twoich granic
Nie będzie z tobą w podchody się bawić
I choć przychodzą jeszcze momenty
Gdy na swej drodze spotykam zakręty
To mój przewodnik opiekun wewnętrzny
Prowadzi mnie bez strachu
jego znaki To wiatru szepty
Bo Jestem rzeką co własne koryto wybiera
Jestem ogniem co lęk i milczenie pożera
Wolna jak wiatr co granice kruszy
Idę za światłem własnej dzikiej duszy
Bywały dni gdy jeszcze nie rozumiałam
Gdy samej siebie odnaleźć nie chciałam
Na tym korzystali ci co duszy nie mają
Ci co nie potrafią żyć i miłości nie znają
Co się chełpią pokorą choć w fałsz nadal grają
Chcieli bym stała się taka jak oni
Żyła wraz z nimi w ich ślepej pogoni
Chcieli bym nie miała prawdy w swoim sercu
Bym już nie słuchała wiatru mego szeptów
Lecz nie dane im było zamknąć mnie w systemie
Zrobić ze mnie kogoś kto zatracił siebie
Kto bez własnych myśli idzie ku przepaści
W tłumie gubiąc siebie dzikie wolne szlaki
Dziś Rozrywam system co duszę mi tłamsił
Wracam do źródła do wewnętrznej pasji
Przewodnik mój wierny szept wiatru na skroni
Przed ślepym pędem mnie dzisiaj ochroni
To moje przymierze to moje odkrycie
Wybieram prawdę Wybieram swe życie
Byłam już miła byłam ciągłą ciszą
Byłam zamkniętą pieśnią której nie słyszą
Lecz ogień w sercu płonął Wciąż szeptał
To on mej duszy własne szlaki wydeptał
To on pokazał jak żyć by czuć siebie samą
Bo przecież inni wcale mnie nie znają
Bo mój świat to moje życie
Moja miłość i odkrycie
Moja krew przodków dalekich
Mój śpiew duszy rwące rzeki
Nikt nie może zatrzymać mej drogi
Moje życie to własnej duszy kroki
W nich się spełniam wiem dokąd zmierzam
Choćbym sama miała iść do przymierza
Mówię DOSYĆ
krzyczę w twarz przeznaczeniu
Nie spalę się w cudzym chłodnym cieniu
Mam w sobie siłę mam w sobie słońce
Serce jak tornado żywe i gorące
Już nie w niewoli nie w szeptu pętach
Moja wolność jest w mych krokach zaklęta
Bo nastaje ten jeden dzień i chwila
Gdy się budzi i rodzi w tobie siła
Gdy powstajesz po zgliszczach i ruinach
Gdy nie czujesz się już za innych grzechy winna
To jest moment twojego własnego odrodzenia
W nim upadają poprzednie uprzedzenia
W nim prawda świeci jaśniej jak słońce
Paląc kłamstwo swoim własnym gorącem
Odchodzi to co odejść musiało
Co duszy nie karmiło nie spełniało
Co serce do klatki zamykało
By nie mogło czuć by siebie nie poznało
Przychodzi to co przyjść musiało
Co z rzeki biegiem w duszy grało
Niech płynie rzeka w mej duszy
Niech ogień w sercu mury kruszy
Niech siła prowadzi mnie z wiatrem
Niech będzie mym sternikiem
Mego statku żaglem