Cisza pod choinką znów pali jak żar, Choć lampki migoczą, we mnie dawno zgasł blask. Świąteczny ten uśmiech to tylko tania gra, A ja tonę w mgle, gdzie nie sięga już żaden z was.
Zwlekam się z łóżka, wciąż ta sama mgła, W kalendarzu grudzień, ale w środku trwa listopad. Apatia jak mróz wbija mi się w skórę, Anhedonia kradnie barwy, zostawia zimną strukturę. Przy stole usiąść? — Jasne, tylko po co? Gdy każdy dźwięk kolędy odbija się głucho nocą. Mówią: „uśmiechnij się”, Jakby to był włącznik, Jakby smutek miał instrukcję, Jakby gniew był bezzłączny.
Cisza pod choinką znów pali jak żar, Choć lampki migoczą, we mnie dawno zgasł blask. Świąteczny ten uśmiech to tylko tania gra, A ja tonę w mgle, gdzie nie sięga już żaden z was.
Czas przecieka jak wosk, Kapie z każdej minuty. Melancholia tańczy walc, W rytmie dawnych nuty. Patrzę w okno — płatki lecą, Każdy jak mały bilans strat, Jak wspomnienie, co uleciało, Jak niespełniony świat.
Szklanki stuk, śmiechy wokół, A ja jak duch wśród dekoracji. Mam w głowie burzę bez błyskawic, Bez deszczu, tylko pęknięcia w narracji. Zamiast czułości — chłód, Zamiast radości — pusty stół, Zamiast kolęd — echo w głowie, Co pyta mnie: „ile jeszcze ból?” Ale idę, choć ciężko, Niosę własny cień, Święta to tylko data — Ja nadal walczę z dniem.
Cisza pod choinką znów pali jak żar, Choć lampki migoczą, we mnie dawno zgasł blask. Świąteczny ten uśmiech to tylko tania gra, A ja tonę w mgle, gdzie nie sięga już żaden z was.
Może kiedyś znów rozbłysnę, Może poczuję świąteczny czas… Ale dziś po prostu oddycham, Choć powoli — to wciąż w sam raz.