Znowu świt rozlewa się jak mleko po betonach, Chłodno jak w sercu, gdzie dawno zgasł ogień i tona Słów, które miały trzymać nas w pionie, A stały się bronią, odkąd twoje oczy kłamią już bezlitośnie.
Widziałem nas na tle świata, co płonął — Ja bym wyrzucił wszystko, byle tylko zdążyć cię obronić To, co miało zostać nami, Ale zebrało już tylko puste echo twojej dłoni.
Mleczny pył opada na mój cień, Nie ma nas, nie ma już tamtych miejsc. Twoje „kochać” pękło jak szkło o brzeg, A ja wciąż biegnę, choć nie wiem dokąd biec. Zabierz ze mnie ten chłód, ten brud, Bo w wartościach dziura jak w sercu pełenym dziur. Nie ma nic — oprócz twoich słów, Które już nic nie znaczą tu.
Wybrałem ciebie zamiast siebie, Myślałem: „może jeszcze niebo spadnie tam, gdzie trzeba”. Ale niebo było puste, a pod nim twoje „przypadkiem” Zamieniło się w czyjeś ręce na twojej skórze, zbyt gładkie. Rozpadłem się po cichu — mleczne krople na chodnikach, Nikt nie widzi jak pękają ludzie, gdy miłość ich omija. Zgubiłem kompas, wiarę, sens i dumę, A ty tak lekko topiłaś naszą przeszłość w cudzym uśmiechu.
Mleczny pył opada na mój cień, Nie ma nas, nie ma już tamtych miejsc. Twoje „kochać” pękło jak szkło o brzeg, A ja wciąż biegnę, choć nie wiem dokąd biec. Zabierz ze mnie ten chłód, ten brud, Bo w wartościach dziura jak w sercu dziur. Nie ma nic — oprócz twoich słów, Które już nic nie znaczą tu.
A kiedy pytam sam siebie „dlaczego?”, Odpowiada mi tylko głuche echo. Gubię świat, gubię sens, Wszystko, co miałem — już nie jest.
I nie chcę więcej walczyć sam z nicością, Nie będę już kleił rozbitych wartości. To był ostatni raz, gdy oddałem wszystko, Bo miłość nie wraca, gdy tonie tak szybko.
Mleczny pył… Opada znów. A po nas — tylko brudny stół i pusty stół.