Bywałem dla siebie katem, gdy w lustrze nie chciałem już znać się sam. Świat szedł obok jak byłem chamem, depcząc każdy mój ledwo tlący się plan. Wśród wielu twarzy, co mówią „jestem”, został jeden przyjaciel – wątły jak tlen. Od dawki do dawki uczę się jeszcze, że cisza czasem mówi głośniej niż gniew.
Nie chcę już ich – tych słów gorzkich jak rdza, fałszywych spojrzeń, co wchodzą pod skórę jak lód. Toksyny w dłoniach niosą, choć śmieją się w twarz, a ja tonę w półcieniach, by znaleźć swój spokój znów. Ten świat z papieru kruszy się w rękach, maski odpadają, gdy tylko zgaśnie blask. Nie chcę ich kłamstw, nie chcę ich dźwięków – wolę milczenie niż kolejny fałszywy takt.
Od świtu do zmierzchu, od szeptu do krzyku, uczę się siebie jak zapomnianych nut. Blizny po ludziach chowam w ukryciu, choć czasem wracają jak natrętny błąd. Zbyt wiele ról, które chcieli mi wcisnąć, zbyt dużo dłoni ciągnęło mnie w dół. Ja tylko chciałem odepchnąć prawdę, bez tej gry, bez ich oczu z szkła i kpin.
Nie chcę już ich – tych słów gorzkich jak rdza, fałszywych spojrzeń, co wchodzą pod skórę jak lód. Toksyny w dłoniach niosą, choć śmieją się w twarz, a ja tonę w półcieniach, by znaleźć swój spokój znów. Ten świat z papieru kruszy się w rękach, maski odpadają, gdy tylko zgaśnie blask. Nie chcę ich kłamstw, nie chcę ich dźwięków – wolę milczenie niż kolejny fałszywy takt.
A kiedy noc zasłania mi oczy, słyszę w niej prawdę, o którą w dzień tak trudno. Wyrzucam z głowy te twarze puste, ich szepty giną, gdy wreszcie mówię „dość”.
Nie chcę już ich – tych słów ciężkich jak mgła, fałszywych ścieżek, co prowadzą zbyt daleko od mnie. Choć bywałem dla siebie katem – dziś chcę już trwać, bez ich trucizn, bez tych masek, w moim własnym świetle.