[Verse 1]
To był zwykły wtorek, szarość miasta, żaden błysk
Weszłaś w moją przestrzeń, jakby ktoś uciszył pisk
Opon na asfalcie. Byłaś inna niż ten tłum
A ja, głupi gnojek, w głowie wciąż ten sam szum
Miałem skarb na dłoni, diament w pyle blokowisk
Ale traktowałem Cię jak jeden z moich starych boisk
Byłaś pewnikiem, jak to, że po nocy wstaje świt
Nie widziałem, jak powoli w Twoich oczach gaśnie mit
O mnie. Myślałem: "jest, to będzie", prosta gra
Nie doceniłem ciepła, które Twoja ręka da
Zimny drań, tak mówili, i tak grałem swoją rolę
Dziś sam siedzę przy tym stole, tępo patrząc w colę.
[Chorus]
I choć w środku umieram, a serce pęka na pół
To po raz pierwszy w życiu czuję ten pieprzony dół
To jest miłość, mała, pierwsza, co zwaliła z nóg
Odeszłaś w ciszę, a ja spłacam ten cholerny dług
Nie biegnę za Tobą, choć wyje we mnie każdy nerw
Szanuję Twoją ciszę. To koniec moich przerw.
[Verse 2]
Drzwi zamknęłaś cicho, bez trzaskania, bez scen
A ja zostałem z prawdą, co gryzie jak tlen
Gdy płuca są zbyt czyste. Duszę się tym brakiem
Jesteś moim brakiem, moim najgorszym wrakiem
Chciałbym krzyczeć, dzwonić, stać pod oknem jak w filmach
Ale wiem, że spokój to jedyna rzecz pilna
Której teraz pragniesz. Więc Ci ją daję, weź
To mój dowód miłości, choć w oczach słona ciecz
Rozdziera mnie od środka, flaki wiąże w supeł
Byłem królem życia, a zostałem jak ten trup
Lecz nie zburzę Twojej ciszy, choćby świat się walił
Bo kocham Cię tak mocno, żebym sam się spalił.
[Outro]
(Szanuję to...)
(Pierwszy raz...)
(Cisza...)
(Wwo vibe piano fade out)