Zwrotka 1
Światło w kiblu jarzeniowe tnie źrenice na pół
Lustro milczy, ale ja wiem co w nim siedzi – trup
Ręce drżą jak w styczniu na dworcu, bez koca
W kieszeni gramatura marzeń, w głowie zero procent
Mefedron szeptał: „jeszcze jeden, będzie jak w bajce”
A było jak w rzeźni – tylko krew inna, chemiczna
Dzwoniła do mnie mama, nie odbierałem, bo „zaraz”
Teraz „zaraz” to trzy lata później, wciąż ten sam czas
Refren
To tylko chwilowy uśmiech na pożyczonym pysku
Błogość z Chin za osiemdziesiąt zeta, spłacasz życiem i listem
Narkotyki to najgorszy z moich numerów
Zostawiły po sobie pustkę większą niż ten numer
Zwrotka 2
Patrzyła na mnie jak na psa którego kiedyś kochała
Teraz tylko strach i obrzydzenie, mieszanka jak w mojej głowie
„Wróć do mnie” – mówiła, a ja waliłem w żyłę odpowiedzi
Że jeszcze raz ogarnę, jeszcze jeden weekend w niebie
Tato przestał pytać „co słychać”, teraz tylko „żyjesz?”
Krótka wiadomość, zero oczekiwania w głosie
Zniszczyłem wszystko co miałem, za kilka godzin euforii
Za białe prochy, które okazały się droższe niż moje sumienie
Zwrotka 3
Dziś budzę się o szóstej zero trzy , nie ma już dzwonków w uszach
Tylko cisza i wstyd, który gryzie mocniej niż głód
Ale gryzę zęby, bo wiem – jak raz odpuszczę
To ten skurwiel wróci i dokończy robotę za mnie
Nie ma już „ostatniego razu”, nie ma „kontrolowanego brania”
Jest tylko ja, zimna podłoga i decyzja – kurwa, albo ja, albo chemia
Refren (ostatni, wolniej)
To był najgorszy z moich numerów, najgorszy bit
Zostawiłem po sobie zgliszcza i ludzi, których już nie ma w nich
Ale wstaję, choć boli, choć ręce wciąż drżą
Bo lepsze drżące dłonie niż zimne ciało w kostnicy, yo
[Zwrotka 4]
Sala dwunasta, krzesła w kole, zapach kawy i wstydu
Pierwszy raz powiedziałem głośno: „jestem ćpunem” – głos drżał jak struna
Patrzyli, nie oceniali, tylko kiwali głowami w rytm
Jakby każdy z nich kiedyś stał dokładnie w tym samym gównie co ja
Prowadząca pyta: „co czujesz, kiedy myślisz o tamtym życiu?”
Milczę minutę, potem pada: „tęsknię… ale bardziej się boję”
Łzy nie lecą jak w filmach, tylko cicho płyną po mordzie
Bo dopiero tu, wśród obcych, pierwszy raz nie musiałem udawać twardziela
Piszę inventory, cztery kartki A cztery grzechów i kłamstw
Każde słowo jak wyrywanie zęba bez znieczulenia
Ale kiedy kończę czytać na głos – coś pęka w klatce
Nie serce, nie dusza – pęka ta jebana ściana, co mówiła „sam nie dasz rady”
Nie ma magii, nie ma olśnienia po jednym kole
Jest tylko wtorek, środa, czwartek i znowu wtorek
Kawa, papieros pod blokiem, telefon do sponsora o dwudziestej tzreczej czterdzieści siedem
I świadomość, że kurwa… może jednak da się to ogarnąć inaczej
[outro – spoken word, cicho, jakby do siebie]
Nie wrócę tam więcej.
Nie dzisiaj.
Nie jutro.
Nie, kurwa, nigdy.