Spadam w dół, tam gdzie kończy się dno, W mule wspomnień, co ciągną mnie w noc. Moje myśli jak kamienie, każdy cięższy niż poprzedni, A serce milczy — jakby bało się wypowiedzieć własny rytm.
I choć tak łatwo się zgubić, gdy ciemność woła po imieniu, To słyszę gdzieś cicho: „jeszcze nie czas, nie gaś”.
Bo w sercu tlę się jeszcze — mała iskra, kruchy żar, Co mówi: „wróć do siebie, choćbyś miał iść cały czas pod wiatr”. Uczę się uczuć od nowa, choć w środku pustka jak niemy krzyk, A życie ucieka mi z dłoni, ulotne jak papierosowy dym.
Każdy dzień to powtarzana od nowa gra, W której stawką jest jutro — i to, czy wstanę sam. Uzależnień echo śpiewa mi w tle Pieśń bez końca, którą muszę zagłuszyć własnym „nie”.
Patrzę w lustro i widzę kogoś, Kto przegrał tysiąc razy, lecz wciąż próbuje raz jeszcze. Może to właśnie jest siła — Że nawet z popiołów potrafimy zrodzić cichy bunt.
Bo w sercu tlę się jeszcze — mała iskra, kruchy żar, Co mówi: „wróć do siebie, choćbyś miał iść cały czas pod wiatr”. Uczę się uczuć od nowa, choć w środku pustka jak niemy krzyk, A życie ucieka mi z dłoni, ulotne jak papierosowy dym.
Gubię się często w swojej własnej głowie, Jakbym szukał drzwi, których tam nie ma wcale. A jednak wstaję — bo może po to, By kiedyś spojrzeć wstecz i powiedzieć: „udało mi się przeżyć tę noc”.
W mule dna już nie tonę — uczę się chodzić po nim powoli, Bo nawet z brudu rosną kwiaty, choć nie wierzy nikt. A jeśli jutro znów upadnę, to może wstać będzie łatwiej, Bo znam już drogę — i wiem, że prowadzi w stronę światła, nie w cień.
Tak, w sercu tlę się jeszcze — mała iskra, kruchy żar, Powtarza szeptem: „możesz wrócić, nawet jeśli idziesz sam”. Uczę się uczuć od nowa, składam siebie z porannych łez, A życie, choć ulotne jak dym, Dziś pozwala mi zaczerpnąć powietrze jeszcze raz.