Znów robię krok do przodu, lecz dwa w tył mnie ciągnie noc, W twoich oczach widzę prawdę, której nie uniesie głos. Niedoceniam tego, co mam — a może już dawno nie mam nic, W tej melancholii tonę sam, jakbyś zamknęła we mnie drzwi.
W twoich dłoniach kruszę się jak szkło, Niby blisko, ale jednak wciąż za mgłą. Chciałem dotknąć ciebie, dotknąłem pustki, Jakbyśmy byli dwoma ciałami, lecz bez jednej duszy. Patrzysz na mnie tak zimno, jakbyś znała wszystkie wersy, O których sam boję się mówić — te najciemniejsze. Błądzę w twoim cieniu, choć chciałem być światłem, Ale światło gasło we mnie, zanim mogłem nadać kształt temu światu.
Gubimy się w słowach, co miały leczyć, Zamieniają się w kamienie, gdy próbuję je unieść. Chciałem być twoim domem, a zostałem tylko echem, Co odbija się od ścian naszych niedomkniętych ran.
Znów robię krok do przodu, lecz dwa w tył mnie ciągnie noc, W twoich oczach widzę prawdę, której nie uniesie głos. Niedoceniam tego, co mam — a może już dawno nie mam nic, W tej melancholii tonę sam, jakbyś zamknęła we mnie drzwi.
Pamiętasz, jak mówiłaś, że jestem twoją przystanią? Dziś tonę w każdym wspomnieniu — jestem wrakiem na dnie marzeń. Miłość jak zimny wiatr, co przelatuje przez klatkę piersiową, Zostawiając ciemną przestrzeń, której nawet echo nie chce nawołać. Chciałem trzymać cię mocno, ty chciałaś tylko oddychać, I tak zgubiliśmy rytm — serce przestało nas liczyć. Dziś już wiem, że czasem można kochać za bardzo, A i tak czuć się samotnym, nawet będąc obok.
W mojej głowie krzyki, w sercu pustka, A między nami tylko cisza, która wszystko tłumaczy. Choć kroczę dalej, czuję jak wracasz w każde miejsce, Gdzie próbowałem zacząć żyć od nowa.
Znów robię krok do przodu, lecz dwa w tył mnie ciągnie noc, W twoich oczach widzę prawdę, której nie uniesie głos. Niedoceniam tego, co mam — a może już dawno nie mam nic, W tej melancholii tonę sam, jakbyś zamknęła we mnie drzwi.
Jeśli kiedyś wrócisz — nie szukaj mnie w świetle, Ja jestem w cieniu, tam gdzie wszystko zaczęło pękać.