Płomień… gasł… gdy wiatr wbijał się w mój świat… Ale ktoś trzymał go w dłoniach… zanim nauczyłem się palić sam…
Miałem sny jak ogień, co gaśnie, gdy wpadnie cień, Los przewracał kartkę zbyt wcześnie — mówił: „Nie twój dzień”. Każdy poranek jak upadek, każdy krok jak tonący ciężar, Niosłem ciszę dłuższą niż noc, gdy świat walił się jak wieża.
Serce gubiło rytm, jakby nie chciało już wracać, A ja stałem w miejscu, choć trzeba było od nowa powstawać. Widziałem twarze w mroku — milczące, a jednak bliskie, Jakby los zapalił iskrę nad głową, choć we mnie było już wszystko puste.
Mówili: „Jeszcze możesz, jeszcze wróci twój czas!” Choć ja bałem się ruszyć, oni wierzyli za mnie — raz po raz.
Dziś kiedy świecę — mój blask wraca w ich twarz! Jak złoto na wodzie, które płynie tam, gdzie ma swój start. Niech to światło niesie ich przez każdy kolejny dzień, Bo bez ich dłoni, ich wiary — nie podniósłbym się.
Ich dłonie — ziemia miękka, wierna, choć zmęczona, Niosły mnie, gdy moje ciało było jak waga nie do uniesienia. Świat krzyczał jak burza, a oni dawali mi ciszę, A gdy ja traciłem głos — oni krzyczeli: „Wróć, oddychaj, żyj jeszcze!”
Ich wiara nie gubi się we mgle, choć deszcz zmywa szlaki, Byli drogą, zanim znałem cel, światłem, zanim znałem znaki. Marzenia jak ogień — cichy, wierny, nie pozwalali mu zgasnąć, Osłaniali dłonią płomień, kiedy ja chciałem go zabić przez własną słabość.
Dziś kiedy świecę — mój blask wraca w ich twarz! Jak gwiazda, co pamięta, komu zawdzięcza swój pierwszy start. Niech to światło płynie dalej, przez czas i przez każdy dzień — Za każdy ich krok, ich rok, ich ból, gdy ja tonąłem.
Były dni, gdy byłem cieniem… Gdy oddech był raną… A oni trwali jak drzewa w burzy, Choć wiatr rwał im gałęzie… Nie odeszli. Byli tu. Zawsze.
(narastający krzyk) Uczyli, że siła to nie mur, Lecz powstanie po upadku — choćby bolało jak nóż!
Widzę ich w każdym świcie, w każdej decyzji, W lustrze, gdzie dawniej był strach, a dziś stoi ktoś silny. Widzę ich w herbacie o świcie, w rozmowach przy stole, W ciszy, co nie była pustką — tylko spokojem i domem.
Ich miłość była mapą bez znaków, ale prowadziła prosto, Ich wiara skrzydłami, które rosły, gdy ja spadałem w noc. Każdy sukces, każdy krok — to ich echo w moich stopach, Każdy dzień był ich darem — ja tylko niosłem go dalej w dłoniach.
Dziś kiedy świecę — mój blask wraca w ich twarz! Niech ogrzewa ich dłonie, niech płynie przez każdy czas! Bo bez nich nie wstałbym nawet na jeden dzień, Ich miłość — to ogień, który trzyma mnie, kiedy gasnę.
A jeśli kiedyś mój płomień zgaśnie… Ich ogień będzie żył we mnie dalej… Cicho… wiecznie… jak korzenie, których burza nie złamie.
Jeszcze możesz — mówili. I mieli rację. Bo mój czas jest ich czasem. A mój blask — zawsze wraca tam, gdzie wszystko się zaczęło.