Miasto oddycha przez kratki studzienek, A ja razem z nim, tylko płycej.
Budzę się w pokoju, który zna mnie za dobrze, Ściany trzymają sekrety lepiej niż ludzi tysiące. Poranek wchodzi bez pytania jak dym, Zostawia ślad na płucach, znika — i już chuj z tym.
Czas kapie z sufitu, liczę plamy na podłodze, Każda wygląda jak dzień, który miałem przeżyć. W kieszeniach noszę kamienie zamiast słów.
Twarz uczę się nosić jak cudzy płaszcz, Za duży, ale grzeje, więc nie zdejmuję. Ludzie widzą ruch, myślą: „idzie przed siebie”, Nie wiedzą, że chodzę w miejscu od lat.
Jestem między klatkami, Nie ptak, nie powietrze. Każdy krok brzmi jak echo, Choć nie ma gdzie wracać.
Między nocą a świtem Liczy się tylko balans. Jeszcze jeden oddech — I wystarczy na teraz.
Myśli krążą jak winyl z rysą. Każdy dzień to kopia kopii, Coraz mniej wyraźna, ale wciąż gra.
W lustrze widać ruchy bez intencji, Jakbym był statystą we własnym kadrze. Depresja nie wali pięścią w drzwi, Ona siada w kącie i czeka aż zapomnę.
Zegar nie mierzy czasu, tylko nacisk, Sekundy mają ciężar, godziny kształt betonu. Nie pytam już „dokąd”, pytam „jak długo”, Bo „po co” dawno zgubiło sens.
Jestem między klatkami, Nie ptak, nie powietrze. Każdy krok brzmi jak echo, Choć nie ma gdzie wracać.
Między nocą a świtem Liczy się tylko balans. Jeszcze jeden oddech — I wystarczy na teraz.
Nie szukam światła, Bo oślepia, gdy się patrzy zbyt długo. Szukam cienia, W którym da się stać bez pytań.
Jeśli jutro znów się zacznie, To nie z planu, tylko z rozpędu. Nie wszystko, co trwa, Musi wiedzieć — dlaczego.
Miasto mruga neonami jakby coś obiecywało, A ja znam ten trik — to tylko prąd. Idę dalej, bo nogi pamiętają drogę, Nawet gdy głowa dawno wysiadła z auta.
Nie nazywam tego walką, To raczej utrzymywanie równowagi. Stoję na linie rozciągniętej nad niczym, I uczę się nie patrzeć w dół.
Między klatkami, Między jednym a drugim. Jeszcze jeden oddech, Bez obietnic na jutro.
Między nocą a świtem Jest chwila, w której trwam. Nie wiem po co — Ale jeszcze jestem.