Mogłabym opisać twoją szyję tak sprawnie zakręcasz
wszystkie zardzewiałe podwórka
wciąż za mną chodzą i ujście staje się proste
jak ścieżka do twojego brzucha
zawsze chciałam tam włożyć palce polne kwiaty i świerszcze
udobruchać cię trochę zdjąć maskę twarde żelazne wspomnienia nieociosane jak kołki
wycisnąć z nich wieczność i wiatr
chciałam być wróżką albo krzykiem bo cóż można dać
lepszego od emocji splecionej w warkocz
sznur pereł czy łez
gdzie leży różnica? W którym wieku? w tamtym miejscu czas smakuje jak rdza
wierzysz przeznaczenie w znaki dymne kreski tęsknoty na płótnie
na prześcieradle z kory chociaż wolisz jedwab
i ja wolę
sasanki ssanki i inne przyjemności
pocałunki
suche badyle
zawsze było ci wygodnie i słodko
w rozcieraniu cierpienia mogłoby też być do twarzy wszystkim gadam i żmijom
muszę się zastanowić
najpierw się jednak czepiam ciebie
bo i ty się mnie czepiasz
jak zardzewiałego podwórka
masz łapy wbite w przestrzeń mokrego monitora od upału robi mi się niedobrze i lepko
przychodzi sztorm chudy jak miesiąc bez kasy A ja wierzę że przejdzie
że będzie brunatny
że usiądziesz wygodnie i zapłaczesz nad sobą
ile można jeść zemstę na pierwsze śniadanie
ile można nienawiść wpychać na kolację
rzuć usta jak gumę
idź dalej
wymykam się Tobie
nie będzie uczty bolesnej ani wściekłej pościeli
nie będzie pijanego rechotu wypierdalaj
krzywej mordy spelunki, głuchej żaby, kozła ofiarnego
stop
liczę nieba
te na ziemi i wyżej
w tym miejscu czas już smakuje jak obłok