[chorus of Angels]
Uuu...mmmm...aaa...
Budzik napierdala w głowę jak młot,
Znowu ten sam dzień, chujowy lot.
Serce bije słabo, jakby miało dość,
A myśli się kręcą — jak w spirali złość.
Lustro nie zna mnie, wzrok nie odbija duszy,
Z twarzy spływa noc, ciężar ciało kruszy
Kawa to popiół, gardło zardzewiałe,
A rozmowy w eterze – to słowa spłowiałe.
W dzień ulica pusta, popękany chodnik,
Głowa cięższa niż kowadło, chodzę jak szkodnik
Każdy dzień jak sequel do filmu bez fabuły,
A ja w tle jak statysta tylko pod oczami buły.
Ręce drżą od zmęczenia, nie od ambicji,
Myśli gniotą kark jak długi po evikcji.
Mówili: „uśmiech leczy” – to kurwa recepta?
Was pojebało, co to za perspekta.
Cisza w mieszkaniu waży więcej niż dach,
Siedzę w nim sam biorę do ust mocny mach.
Śniadanie – pet i woda z kranu,
Smak ja po znieczuleniu, dzień bez planu.
Chuj z tym wszystkim, nic nie ma znaczenia,
Jest tylko rachunek, cała noc do przemyślenia.
Notatnik pęka od wersów coś mnie tchnęło,
Ciężar który miałem, to kurwa zniknęło
[chorus of Angels]
Uuuuu...
Nie chcę słyszeć porad, co pachną banałem,
Niech zostawią mnie – rady poszły kanałem
Nie szukam pomocy, zajebistych słów,
Nie chce nic, tylko kielonów vódki - dwóch.
Ziomy znikli – jeden w długach, drugi w grobie,
Reszta się poddała – zamknięci w sobie.
Miasto brzęczy hałasem jak hiena przy żarciu,
Ja stoję, lecz czuję, że jestem na wymarciu.
Nie mam złudzeń – nie chce by ktoś klaskał,
Nie chcę słów na wiatr, nie będę kurwa płakał.
Nie chcę lajków, monet, rankingów - merci,
Tylko żeby raz zasnąć, bez tego drżenia w piersi.
Słowa wypalają jak ogień na języku,
Nie piszę dla sławy, czy może o ryzyku.
To nie manifest, to nie bunt – to codzienność,
Tu rządzi twarda siła i własna mentalność.
W tramwaju widma – zero spojrzeń,
Twarze jak maski, pod oczami tylko cień.
Nie ma rozmów – tylko oddech coraz cięższy,
Wszyscy się spieszą, nikt nie chce być pierwszy.
Wersy to brud – nie liryka z notki,
Każdy rym to zakrwawiona kartka nie plotki.
Nie ma tu beatów, tylko rytm zegara,
Jeśli nie wierzysz to wypierdalaj, nara.
Zegar bije – a ja nie mam celu,
Tylko puste półki, cztery rogi w karcelu.
Każde słowo jak kamienie na klacie,
Każde spojrzenie – jak nóż w karku, jebany kacie.
Nie szukam sensu – za późno na zwrot,
Nie wierzę w przyszłość, tylko ten jeden krok.
Wierzę w to, że jeszcze mogę coś napisać,
Los mnie nie zniszczy, życie może mi ssać.
[chorus of Angels]
Uuuuu...mmm...AA aa...