Świat chce mnie złamać, chce mnie wbić w ziemię, A ja wracam, choć mam blizny zamiast sumienia. Z trucizną w żyłach, z demonami w ciele, Zrywam łańcuch — chcę żyć, nie umierać w niedzielę!
Rodzimy się tu jak mięso, każdy chce nas posiekać, Młodzi toną czy w mieście, czy na wioskach — nigdzie miejsca. Presja zaciska kręgosłup jak betonowy sznur, A przyszłość patrzy zimno, jak trup bez dusz.
Wciągałem mrok jak tlen, żeby zagłuszyć krzyki, Ale dawał tylko nowe rany, nowe wyniki. Igła wchodziła jak nóż, zimna jak śmierci dech, A ja gasłem, patrząc w sufit, tracąc życie we mgle.
Każdy dzień był jak walka z bestią zrobioną ze szkła, Każdy oddech pytał: „Ile jeszcze dasz się brać?” I pękłem nie ze słabości, lecz gdy prawda uderzyła: Albo wstanę — albo skończę martwy wśród ruin i pyłu.
Tu nikt nie pyta, czemu krwawisz wewnątrz siebie, Każdy mówi: „Weź się w garść”, jakby to było łatwe w gniewie. Młodzi spadają jak gwiazdy prosto w brudne bagno, A świat patrzy obojętnie — bo tanio nas tu kupić, łatwo.
Widziałem twardych jak stal, agresywnych jak zwierzęta, A potem leżeli zimni, bez życia, bez pamięci, bez serca. Ziemia pożera marzenia, substancje pożerają ciało, A szept braci mówił: „Nie idź tą drogą, to za mało.”
Ale poszedłem, bo ból był prostszy niż istnienie, Dopóki nie poczułem, że nie mam płuc, duszy, sumienia. I wtedy głos we mnie wrzasnął jak pękający beton: „ALBO WSTAJESZ, ALBO TONIESZ — INNE DROGI NIE MA, CZŁOWIEKU!”
Wróciłem z dna z gardłem pełnym krwi i kurzu, Z oczami jak żarówki wyrwane z ciemnego burzu. Ręce trzęsły mi się jak druty pod napięciem, Ale wiedziałem — jeśli życie to wojna, stanę się żołnierzem.
Wyrzuciłem resztki trucizny jak potwora do kanalizacji, Patrzyłem, jak spływa — jakby opuszczała mnie cała agonii racja. Trząsłem się jakbym walczył z duchami pod skórą, Ale pierwszy raz od lat poczułem, że jeszcze jestem osobą.
Każdy dzień szoruje mnie jak papier ścierny po kościach, Każda noc wali jak młot, ale nie tonę już na wiosłach. To nie ścieżka świętych — to droga tych, którzy wyrwali z piekła ostatni płomień swoich sił.
Świat zimny jak stalowa trumna bez światła, Młodzi szukają tu miłości, a dostają rachunki i baty. Ale ja stoję — może krzywo, może z bliznami, Ale stoję po swojej stronie, nie po stronie trucizny, co chciała mnie złamać.
Patrzę w lustro bez nienawiści do życia, Widzę twarz, która przeszła wojnę — i wciąż oddycha. Może nie mam skrzydeł, może brakuje mi sił, Ale mam ogień, który płonie mimo że świat go tłumił.
I krzyczę do tych, co wiszą nad przepaścią misji: Nie jesteście sami — piekło to etap, nie finał historii. Każdy, kto wstaje z dna jak ja, jest twardszy niż stal i cięższy niż cały ten świat.
Świat chce mnie złamać, chce mnie wbić w ziemię — A ja wracam, choć mam blizny zamiast sumienia. Z trucizną w żyłach, z demonami w ciele, Rozrywam łańcuch — chcę żyć, nie umierać w niedzielę!