Każdy wieczór dociska mnie do ściany,
Jakbym był winny istnienia bez powodu.
Zdejmuję z siebie dzień warstwa po warstwie,
A pod spodem zawsze to samo — pusty środek.
Cisza nie pyta, czy może zostać,
Rozkłada się we mnie jak choroba.
Patrzę w sufit i liczę pęknięcia,
Bo łatwiej liczyć beton niż myśli.
---
Czas gnije w kątach ścian,
A ja razem z nim, powoli.
Jestem błędem w czyimś śnie,
Który nigdy nie miał mnie obejmować.
---
Ludzie mówią, a ja nie słyszę sensu,
Każde zdanie odbija się i spada martwe.
Noszę twarz, która udaje normalność,
Jak maskę przybitą do kości.
Każdy poranek boli bardziej niż noc,
Bo trzeba udawać, że coś jeszcze działa.
Ciało idzie przed siebie z rozpędu,
A reszta już dawno została wczoraj.
---
Czas gnije w kątach ścian,
A ja razem z nim, powoli.
Jestem błędem w czyimś śnie,
Który nigdy nie miał mnie obejmować.
---
Nie jestem smutny — jestem zużyty.
Jak rzecz, której nikt nie chce naprawić.
Wszystko we mnie woła o przerwę,
Ale świat nie zna przycisku „stop”.
Każde „będzie dobrze” brzmi jak kpina,
Każde „trzymaj się” waży jak kamień.
Nie chcę znikać dramatycznie,
Chcę przestać czuć ten ciężar istnienia.
---
Czas gnije w kątach ścian,
I nikt tego nie sprząta.
Jestem błędem w czyimś śnie,
Który obudził się beze mnie.