On wstaje rano, choć nie ma po co wstawać,
budzik brzmi jak wyrok, nie jak nowa szansa.
Kawa zimna, myśli gorące jak żar,
patrzy w sufit i się zastanawia, ile jeszcze tak ma trwać.
Lustro zna go lepiej niż ludzie na mieście,
bo widzi ten strach, którego nie widać na selfie.
Uśmiech wyuczony, noszony jak zbroja,
bo słabość to luksus, na który go nie stać — taka rola.
Mówią: „inni mają gorzej, weź się w garść”,
ale nikt nie pyta, gdzie on ją zgubił i jak.
Każdy dzień to kopia wklejona wczoraj,
życie z automatu, bez celu, bez koloru, bez spojrzeń.
Ma ludzi obok, ale brak rozmów nocą,
wszyscy zajęci sobą, swoim losem, swoją mocą.
Gdy mówi „jest okej”, nikt nie drąży tematu,
bo prawda by bolała bardziej niż kłamstwo bez smaku.
I tak idzie przed siebie, chociaż nie wie dokąd,
zmęczony nie drogą — tylko samym krokiem.
Nie marzy już o szczęściu, tylko o ciszy,
żeby choć raz zasnąć bez walki z własnymi myślami w głowie.
On jest zmęczony życiem, nie tygodniem, nie dniem,
zmęczony udawaniem, że jeszcze wszystko jest okej.
Krzyczy w środku, ale świat nie słyszy nic,
bo łatwiej przejść obok niż spojrzeć komuś w oczy i być.
On jest zmęczony życiem, sobą i tą grą,
gdzie wygrywają głośni, a cisi idą na dno.
Nie chce zniknąć — chce przestać tak trwać,
bo to nie jest życie, to tylko ciąg dalszy strat.
Kiedyś wierzył, że czas wszystko mu poukłada,
dziś czas to wróg, co tylko dokłada.
Każda porażka miała czegoś nauczyć,
a nauczyła tylko, jak milczeć i się nie rzucić w przepaść.
Nie jest słaby — jest zużyty,
jak serce, co biło za długo bez przerwy, bez rytmu.
Za dużo bitew, o których nikt nie wie,
za mało snu, za dużo „muszę”, za mało „chcę”.
Patrzy na ludzi, co lecą przed siebie,
on ledwo idzie, ale nikt tego nie zauważy.
Bo nie krzyczy, nie robi scen,
on po prostu znika powoli między jednym a drugim dniem.
Gdyby ktoś zapytał, co go tak boli,
nie potrafiłby odpowiedzieć jednym słowem.
Bo to nie jedna rana, to całe życie,
zbiór drobnych pęknięć, które złożyły się w ciszę.
I czasem myśli, że gdyby zniknął,
świat nawet by nie zwolnił tempa.
Może kilka łez, może puste „szkoda”,
a potem wszystko wróciłoby do normy jak co dnia.
On jest zmęczony życiem, nie tygodniem, nie dniem,
zmęczony udawaniem, że jeszcze wszystko jest okej.
Krzyczy w środku, ale świat nie słyszy nic,
bo łatwiej przejść obok niż spojrzeć komuś w oczy i być.
On jest zmęczony życiem, sobą i tą grą,
gdzie wygrywają głośni, a cisi idą na dno.
Nie chce zniknąć — chce przestać tak trwać,
bo to nie jest życie, to tylko ciąg dalszy strat.
I może go mijasz codziennie w drodze do pracy,
stoi obok, ale nikt nie widzi, że ledwo już łapie.
Nie szuka litości ani wielkich słów,
chciałby tylko, żeby ktoś zapytał: „jak ty w ogóle żyjesz tu?”.
Bo czasem wystarczy jedno zdanie,
żeby ktoś nie pękł kolejnej nocy w ciszy.
Ale świat pędzi, nie ma czasu na słabych,
liczą się wyniki, nie ludzie, nie ich blizny.
I jeśli ten numer do kogoś trafi,
to niech wie, że to o nim