Deszcz bębni w drewno
Wystukując marsz
Chopinowski
Grupka mężczyzn
W fartuchach
Albo garniturach
Stoją z chusteczkami
By nie wdychać odoru
Ziemia przyjęła swój owoc
Teraz się jej go wydziera
Kto daje i odbiera…
Słychać było za każdym
Uderzeniem łopaty
Otworzono kawalerkę
Dwa na jeden
Ostatnie tchnienie
Wydostało się na zewnątrz —
Wąż jadowity
Śluz pokrył drogą suknię
Piękna cera stała się płatami
Odchodzącymi od kości policzkowych
Długie włosy Śnieżki
To teraz pasma przerzedzone
Niby rachityczny krzew
Smukłe wyschnięte palce
Ściskają różaniec —
Ostatnią nadzieję tych z otchłani
Lecz coś się nie zgadza
Ciało nie ma dumnej pozy
Śpiącego anioła
Jest powykręcane jak
Osoba która nie umie zasnąć
A na białym materiale widać krew
Wszyscy patrzą na wieko
„Umarła dzień po pogrzebie”