Ey yo, autostrada, lewy pas,
Zapierdalam jak wariat, nie ma czasu na gaz,
Silnik wyje, życie to mój tor,
Nie cofnę się kurwa, jadę aż po horyzont!
Wjeżdżam w noc, reflektory tną mrok,
Mam w chuju limity, każdy jebany blok,
Pedał w podłodze, nie znam hamulca,
Tu nie ma litości – jest ogień i furia.
Zero kontroli, tylko ja i droga,
Chuj mnie obchodzi, kto trzyma się za proga,
Jestem tu po swoje, nie po twoje rady,
Zostawiam po sobie tylko dym i ślady.
Ey yo, autostrada, lewy pas,
Zapierdalam jak wariat, nie ma czasu na gaz,
Silnik wyje, życie to mój tor,
Nie cofnę się kurwa, jadę aż po horyzont!
Nie chcę stać w miejscu, nie jestem tu dla widoków,
Chcę żyć, nie pierdolić się wśród tłumów,
Mam to gdzieś – kto co myśli, kto patrzy,
Jak jadę – to z ogniem, nie ma opcji na zatrzym.
Lusterka pokazują to, co mam za sobą,
Nie wracam tam – bo to droga z chujową pogodą,
Z przodu przestrzeń, dźwięk turbo i bas,
A ja królem tej trasy – to mój jebany czas.
Ey yo, autostrada, lewy pas,
Zapierdalam jak wariat, nie ma czasu na gaz,
Silnik wyje, życie to mój tor,
Nie cofnę się kurwa, jadę aż po horyzont!
Więc jak mnie zobaczysz – zjeżdżaj na bok,
Nie mam czasu na bzdury, to nie mój tok,
Autostrada, lewy pas, pełen bak,
Wchodzę w ten bit, jak w zakręt – na maksa, brat.