Wychodzę w kasku, w klapkach,
Kable w zębach, w dłoni — setka dratów.
Babcia krzyczy: „Zostaw to gniazdko!”
A ja w rozdzielni — fazę mierzę testerem!
Zamiast kawy — mam multimetr,
Zamiast kanapki — taśma na środek.
Na obiad — zwarcie i dwa przeskoki,
A na deser — trzy fazy do szklanki!
Teść się dziwi: „Kto jest na słupie?!”
A to ja — elektryk w roboczym dresie.
Lutuję linie, tańczę przy błysku,
Piorun wali — a ja w uścisku!
Elektryk — to nie hydraulik,
Z napięciem gram — jak chomik geek!
Gdy coś iskrzy się w mieszkaniu,
Ja przychodzę — i działa… w huku i planie!
Znalazłem w ścianie kota i antenę,
Tam jeszcze Wi-Fi i deskę drewnianą.
Mówię: „Pani, tu coś się psuje”,
A ona: „Ty to magik — i wszystko czujesz!”
Gdy jestem w domu — dzieci się śmieją,
Teściowa mówi: „Znowu przeżyjemy!”
Bo gdzie jestem — światło i święta,
Czasem też ogień… ale rzecz piękna!
Nie boję się napięcia i fazy,
W rozdzielni bez lampy — robię bez przerwy.
Prąd mnie łapie — a ja się śmieję,
Nie pracuję — tylko sobie grzeję!
Lutownica — mój brat z dzieciństwa,
Z nią przez burzę, błoto i wyjścia.
Nie wiem, co w kablu — ale wkładam śmiało,
Wszystko wybucha — i to się chwaliło!
Winda stanęła? — Lecę jak ptak,
Walizka z przewodami — mój elektryczny znak.
Ludzie pytają: „Dlaczego się świecisz?”
Bo marzę o fazie — w domowych granicach!
Liczniki czytam jak poezję,
Fazę czuję — jak lato w bezdechu.
Jak pracuję — wszystko płonie,
A nawet teściowa… bije mi w dłonie!