Wstaję o świcie, jak wilk co sam rusza w trop,
W lesie stalowych hantli — mój totem, mój bóg.
Mięśnie jak góry, każdy dzień to szczyt do zdobycia,
Nie szukam dróg na skróty, mam traperski rytuał życia.
Dzikie serce, niedźwiedzia siła w klatce,
W tej dżungli żelaza, nie ma miejsca dla słabej gadki.
Rzeki potu płyną, jak strumień między świerkami,
Każdy przysiad, każde pchnięcie — to walka z demonami.
To wilczy zew, to siła natury,
To góry, lasy, rzeki — moje struktury.
To trapper’s life — podróż bez końca,
Na siłce, w duszy, wiecznie płonie ogień słońca.
Szlak przede mną, nie patrzę wstecz,
Trenuję jakbym miał przetrwać zimę bez świec.
Zimny pot jak rosa na trawie,
Z hantlą w dłoni czuję się jak król w surowej sprawie.
Na plecach bagaż jak wędrowca worek,
Ale idę — pod górę, bo tam jest honor i wzorek.
Wilki wyją, to moi bracia z duszy,
Każdy martwy ciąg to krok bliżej do duszy.
To wilczy zew, to siła natury,
To góry, lasy, rzeki — moje struktury.
To trapper’s life — podróż bez końca,
Na siłce, w duszy, wiecznie płonie ogień słońca.
Nie trenuję dla poklasku.
Trenuję, by przetrwać.
Jak wilk w lesie.
Jak niedźwiedź na szczycie.
Jak człowiek w zgodzie z naturą...