Stoję tu sam,
na krawędzi myśli.
Mówiłem: „dam radę”,
a noc mi nie wierzy.
Twoje imię
wciąż brzmi we mnie cicho,
jakby chciało przypomnieć,
że już nie jesteśmy niczym.
Każdy krok w tył
jest łatwiejszy niż ten w przód.
Ale jeśli mam upaść,
to tylko tu.
Zostanę na tym wzgórzu,
choć wiem, że boli każdy dzień.
Nie odejdę, nawet jeśli
serce pęknie w pół jak cień.
Jeśli miłość to wybór,
to ja już wybrałem źle.
Zostanę na tym wzgórzu,
bo bez ciebie nie umiem żyć.
Czas płynie,
a ja stoję w miejscu.
Świat idzie dalej,
ja nie wiem, gdzie jestem.
W lustrze twarz,
która udaje spokój,
ale oczy zdradzają,
że wciąż czekam na powrót.
Mówili: „odpuść”,
jakby to było nic.
Jakby serce
umiało zapomnieć.
Zostanę na tym wzgórzu,
choć wiatr zabiera mi głos.
Choć wiem, że czekanie
nie cofnie już nas.
Jeśli miłość to obietnica,
to ja jej nie złamię dziś.
Zostanę na tym wzgórzu,
bo bez ciebie nie umiem żyć.
Może kiedyś
przestanie tak boleć.
Może nauczę się
oddychać sam.
Ale dziś jeszcze
nie potrafię odejść.
Dziś jeszcze
tu zostanę.
Zostanę na tym wzgórzu,
nie z dumy — z miłości.
Bo odejść potrafi każdy,
zostać boli najdłużej.
Jeśli zapytasz: „czy warto?”
nie znam odpowiedzi.
Zostanę na tym wzgórzu…
bo tam wciąż jesteś ty.