Wstaję,
gdy miasto jeszcze nie skończyło nocy.
Światło w kuchni
jest zimniejsze niż myśli.
Okno patrzy na blok naprzeciwko.
Znam to okno.
Ktoś tam też patrzy,
ale nigdy się nie spotkamy.
Powietrze gryzie płuca.
Oddycham krócej.
Tu nawet oddech
ma wagę.
Bloki stoją równo.
Jakby ktoś je ustawił
bez pytania.
Światło w oknach
zapala się jednocześnie.
Nie z potrzeby.
Z przyzwyczajenia.
Idę tą samą klatką.
Te same schody.
Ten sam zapach metalu
i kurzu.
Miasto mówi mało.
Uczy milczenia.
Tu nawet myśli
są oszczędne.
Idę tą samą drogą.
Ślady znikają szybko.
Jakby nikt nie chciał pamiętać,
że tu był.
Ludzie mijają się
bez spojrzeń.
Każdy niesie swoje zimno
pod kurtką.
Praca nie pyta o sens.
Czas nie pyta o plany.
Ręce robią swoje.
Głowa milczy.
Czas płynie wolno.
Jakby bał się ruszyć.
Jakby wiedział,
że nie ma dokąd.
Wracam,
gdy miasto zapala równe światła.
Setki okien.
Tyle samo historii,
bez głosu.
Czasem myślę,
że mógłbym wyjechać.
Ale Norilsk
zostaje we mnie.
Jak zimno,
które już nie boli.
Jak miasto,
którego nie da się opuścić
do końca.
Norilsk nie woła.
Norilsk zostaje.