Bas napierdala, pękają ściany,
Mózg już wylogowany, system zjebany
Wchodzę w klub jak błąd w symulacji,
Nikt nic nie kuma — gratulacje
Światła migają jak padaczka,
Każda decyzja dzisiaj jest słaba
Myśli się topią w tanim alkoholu,
Ta noc ma sens, ale tylko do zgonu
Kurwa, lecimy, nie ma hamulca,
Każdy tu tańczy jakby miał zwarcie w mózgu
Buty się kleją do brudnej podłogi,
Ale chuj z tym, dalej w melanż srogi
Bas mi masuje wnętrzności,
Sąsiedzi jutro będą mieć wątpliwości
Czy to był klub, czy rytualny zjazd,
Bo każdy tu wygląda jak po stu lat
Krzyki, pot, laser w oczy,
DJ tak najebany, że myli epoki
Ktoś się przewraca, ktoś się śmieje,
Tu nikt nie pomaga — tu się żyje
Kurwa, kurwa, tempo rośnie,
Serce mi bije jakby miało dość mnie
Rozsądek leży gdzieś pod barem,
Zdeptany, martwy, razem z planem
Nie ma jutra, jest tylko bas,
Minuty lecą jak pojebany czas
Ręce do góry, głowy w dół,
Kto myśli za dużo, ten dzisiaj tu zgnił
Skaczemy krzywo, w prawo i w lewo,
Rytm jak młotek, mózg jak drewno
Każdy wers to przypadek,
Każdy krok to wypadek
Kurwa, to nie sztuka, to hałas,
Ale właśnie o to chodzi teraz
Nie pytaj „po co”, nie pytaj „czemu”,
To jest minuta bez sensu i systemu
Bas wjeżdża jeszcze raz, bez litości,
Z głośników leci czysta bezmyślność
Jak jutro zapytasz „co się stało?”
Odpowiem szczerze: „nic się nie udało”
I dobrze, bo nie miało się udać,
Ta noc miała tylko napierdalać
Gdy świat się kończy na parkiecie,
To znaczy, że było dokładnie jak trzeba.