Idę swoją drogą, choć nieraz miałem dość,
Świat rzucał we mnie gównem, ale nie złamał moich kości.
W kieszeni zero szans, w głowie milion nowych opcji,
Mówią: „nie dasz rady” — kurwa, patrz, jak robię postęp.
Codzienność gryzie jak pies, ale mam twardą skórę,
Noszę blizny jak medal, każdą porażkę na murze.
Nie czekam na niczyją łaskę, bo już dawno mam to z dupy,
Sam se buduję swój grunt, nawet jeśli cały świat chce mnie zgubić.
I rose up from the pressure, turned the pain into fuel,
Now I’m aiming at the stars, breakin’ every old rule.
Had to carve my own lane, never playin’ the fool,
Now I’m movin’ like a storm—cold, steady, and cruel.
Od lat noszę swoje demony, ale trzymam je na smyczy,
Wychowany między blokiem a marzeniami o wygranej bitwie.
W chuju mam tych, co gadali, że nic tu nigdy nie osiągnę,
Bo dziś stoję na swojej ziemi, a każdy krok robię pewnie.
Przeszłość pali jak papieros, ale dym już leci w dal,
Kiedy patrzę w lustro — widzę siebie, który w końcu wygrał świat.
Kurwa, życie mnie cisnęło, ale wciąż idę w przód,
Choć na drodze same mury, rozjebałem każdy mur.
Nie ma czasu na pierdoły, tu się liczy tylko ruch,
A jak ktoś mi wejdzie w drogę — to już jego jebany ból.