Znikam w słowie, w geście, w nagłym mgnieniu,
Znikam w sobie, choć wciąż stoję w cieniu
Gdzieś w nocy boru tam gdzie lasy prastare
Zamieniam się w mgłę w jej gęste opary
Tak, zamieniam się w gęste opary
Bo znikać można w sobie
W tym geście i nocy słowie
I w każdym spojrzeniu dalekim
Gdy ciężkie robią się powieki
Lecz można też zawrócić
Mgłę nocy na zawsze porzucić
Nie słuchać jej ciągłych szeptów
Co pchają wciąż do znikania
Pchają do znikania
Znikam
Choć jeszcze jestem tym słowem, tym gestem
Mrokiem boru opętana to mój chrzest jest Droga mi nieznana nie nie nie znana
Znikam wśród zimnych wód mrok mnie otula
Może to życia kres a może kłamstwa kula?
Czuję pod stopami ziemi twardy dotyk
A jednak znikam to mój duszny narkotyk
Mój narkotyk duszny narkotyk jest
Znikam
Choć czuję i oddycham
Lecz życie mi umyka zamyka w ciemnych borach
Znikam w mgle zgubiona bez gestu i
słowa
To moja próba teraz to wiem
Może zostać mi się uda i może porzucę gęstwin mgłę
Tą gęstwin gęstwin mgłę
Bo można znikać w sobie, gdy powieki są ciężkie,
Zgubić się w nocy, w jej słowie i geście
Można też zawrócić! Porzucić mgłę i szept,
Co pcha nas w otchłań, co przecina piersi dech!
Za tym borem jest pełnia – ja znam jej jasny blask,
Ona odciągnie od znikania... ten ostatni raz!
Odciągnie od znikania odciągnie tak
Noc stała się głucha, wiatr pokornie skonał,
Cisza zabrała tchnienie, świat w bezruchu oszalał.
A na mojej rzęsie... złośliwa łza się chwieje,
Chce znikać ze mną, gdy tracę tak nadzieję.
Może to kaprys? Duszy mojej zmora?
Znikać we dnie... i znikać też do wieczora.
A może to losu gest, to co zapisał w mym życiu
Przemijania jego kres, schowany przede mną w ukryciu
Znikam
Lecz lęku się wyzbywam
Nie jestem nim lecz słowem i gestem
Powiewem wiatru i jego szeptem
I mgłą skraplającą gęstwinę mroku
Łzą również jestem Łzą szklącą się w oku
I znikam znikam Lecz nie w amoku
Nie czuję lęku przychodzi spokój
Może tak być musi Może to moja przestrzeń
Znikam w tym śnie Zostaje w nim Jestem
Może jednak księżyc wzejdzie, oczy mi otworzy,
Nadzieję nagłą w tych mgłach urodzi.
Choć wody będą zimne, a bory znów się odezwą
Nadzieja mnie poprowadzi... zawsze będzie przede mną
Nie zniknę w amoku, czuję ciszy spokój,
Jestem powiewem... i tą łzą szklącą się w oku.
Bo można znikać w sobie, gdy powieki są ciężkie,
Zgubić się w nocy, w jej słowie i geście
Można też zawrócić! Porzucić mgłę i szept,
Co pcha nas w otchłań, co przecina piersi dech!
Za tym borem jest pełnia – ja znam jej jasny blask,
Ona odciągnie od znikania... ten ostatni raz!
Odciągnie od znikania odciągnie tak
gdzieś za tym gęstwin borem
Jest pełnia tak dobrze znana
Ona da światło tej ciemnej nocy
Odciągnie od znikania
Odciągnie od znikania odciągnie ta pełnia mi znana
Choć wody nadal zimne będą
Choć bory ponownie przyjdą
Chcąc skłonić znów do znikania
Nie zniknę gdy nadzieja będzie
nadzieja będzie pożądana
Moja Nadzieja pożądana
Lecz teraz Znikam w tym śnie
Zostaję w nim i śnię
W tym moim śnie
W tej gęstwin mgle