[Verse 1]
Znów rzuciłeś żartem, jakby nigdy nic,
Chociaż utkałeś z kłamstwa cienką nić.
Śmiejesz się głośno, skracasz dystans o krok,
A ja znów daję się nabrać na ten czuły wzrok.
Przez chwilę wierzę, że wrócił nasz czas,
Że znów jest ta iskra, co łączyła nas.
Lecz kolejnego dnia gdy miniemy się w drzwiach,
Chłodem pokażesz mi znów swój brak.
Zostanę z pytaniem, co jest nie tak,
Dlaczego twój uśmiech nagle tak zbladł?
[Chorus]
Dawkujesz mi siebie, podajesz na raty,
A ja w tym układzie ponoszę wciąż straty.
Raz jesteś blisko, niemal o szept,
By za chwilę zniknąć, jak echo wśród drzew.
Nie jestem zabawką, którą zdejmiesz z półki,
Gdy nudzą cię inne, miłosne zaułki.
Mam dość bycia skałą, gdy ty jesteś mgłą,
Co rozmywa się gdy poczuje mą dłoń.
[Verse 2]
Wiem, że kłamałeś, patrząc mi w twarz,
Wiem, ile masek na twarzy swej masz.
Szukałeś ognia, wróciłeś z popiołem,
A ja znów miałam być tylko twoim spokojem.
Lecz kiedy chcę być blisko, ty uciekasz w chłód,
Budujesz wokół siebie zimny, twardy mur.
Jestem jak przystanek w twej do nikąd podróży,
Karmisz mnie ciszą, potem znów chcesz by Ci służyć.
Boli mnie to, że pozwalasz mi trwać,
W tym wiecznym czekaniu na kolejny znak.
[Bridge]
Czy piękne są słowa, które mówię i piszę?
Czy słyszysz w nich moją najgłębszą ciszę?
To nie tylko słowa, to serca jest krzyk,
Którego nie chce usłyszeć dziś nikt.
[Chorus]
Dawkujesz mi siebie, podajesz na raty,
A ja w tym układzie ponoszę wciąż straty.
Raz jesteś blisko, niemal o szept,
By za chwilę zniknąć, jak echo wśród drzew.
Nie jestem zabawką, którą zdejmiesz z półki,
Gdy nudzą cię inne, miłosne zaułki.
Mam dość bycia skałą, gdy ty jesteś mgłą,
Co rozmywa się gdy poczuje mą dłoń.