[Zwrotka]
Karol — beton, Kaufland, chłód hali, echo kroków w pustce,
komisjoner wśród palet, życie ściska gardło w pętli rutyn.
Wózek tnie ciszę, skaner pika jak licznik straconych godzin,
a w głowie plan jak detonator — cichy, lecz gotów wybuchnąć.
Długi rosły jak cień za plecami, ćwierć miliona ciężaru,
telefony, pisma, stres — świat zawalił się bez alarmu.
Gdy tracisz wszystko — cisza krzyczy głośniej niż tłum,
nagle nie ma nikogo — zostajesz sam, tylko ty i ból.
Znajomi znikają szybko, gdy gasną światła i zysk,
kobieta odeszła — „nie dam rady” — zamknęła za sobą drzwi.
Cztery ściany, noc, bezsenność, myśli jak stal w skroniach,
tam rodzi się prawda: nikt cię nie zbawi — tylko ty możesz wstać.
Karol wraca na halę — wózek, kurz, ten sam zimny beton,
lecz głowa już w innym świecie — buduje nowy fundament.
Gdy inni spali — on liczył, czytał, uczył się gry systemu,
bo wiedział: imperia rosną w ciszy, nie w hałasie tłumów.
Rynek płonął czerwienią — panika, strach, kapitulacja,
lecz Karol trzymał kurs twardo — cierpliwość jego bronią.
I nagle — noc, wykres, błysk — jak supernova w mroku,
zera rosną jak lawina — los odwraca tor kroku.
Z dna na orbitę — z ciszy do ryku silnika,
Lamborghini przecina noc — to nie sen, to wynik.
Lecz pamięta dno, pustkę, noc, gdy nie było nikogo,
bo gdy tracisz wszystko — zostajesz sam… i tam rodzi się ogień.
[Refren — ciężki, prosty, punchline]
Gdy tracisz wszystko — zostajesz sam, zapamiętaj to,
cisza uczy więcej niż tłum — tam hartuje się los.
Z dna do milionów — przez ból, przez mrok, przez czas,
bo tylko ci, co wstają sami — naprawdę wygrywają świat.