Mówią, że los przewrotny jest, że ma zimne oczy
Kiedy spojrzysz mu w twarz, na ślepo za nim kroczysz
Lecz wtedy nie widziałam, w jakim chaosie żyję
Jadąc prosto w pułapkę, choć ma dusza wyje.
Dziś patrzę wstecz i widzę jasno:
To, co miało kochać, nie pozwalało mi zasnąć.
Zabierało duszę, rozrywało serce...
Już teraz wiem, że tego nigdy nie chcę.
Nigdy nie chcę
Nie jestem już tłem dla cudzych błędów,
Nie karmię się kurzem z innych rąk.
Zrywam tę smycz, wychodzę z niewiedzy kręgów,
Odcinam każdy toksyczny prąd.
Toksyczny prąd
Bo nie wszystko, co tracisz, jest naprawdę stratą
Życie usuwa to, czego nie widziałaś jasno.
To, co podcinało Twoje kruche skrzydła, co duszę ci zabierało
Żebyś w końcu znikła...
Lecz musiało odejść, żeby znów oddychać.
Los zawsze odpowie, choć wcale go nie wzywasz.
Wcale go nie wzywasz
Kiedy życie staje się zagadką,
Gdy rebusy to moja codzienność –
Siadam do nich i wiem, że warto,
Samą siebie chcę codziennie zmieniać.
Kiedyś czułam, jak krew zasycha na piórach,
Gdy każda Twoja obietnica stawała się klatką.
Dziś nie patrzę w dół, szukam miejsca w chmurach,
To, co miało mnie zabić – pchnęło mnie ku światłu. Pchnęło ku światłu
W głębi duszy słyszę własny czysty zew,
Zaczął mnie omijać innych ludzi gniew.
Ich spojrzenia wymowne dla mnie nic nie znaczą,
Teraz swoje życie chcę od nowa zacząć!
Bo gdy wracam do wspomnień, widzę tylko jedno:
Wrogiem był spokój, który mi obiecałeś!
Wrogiem był każdy Twój fałszywy gest!
Brałeś mą duszę, nic w zamian nie dałeś!
Ale to koniec. To mój własny chrzest.
Własny chrzest
Bo nie wszystko, co tracisz, jest naprawdę stratą
Życie usuwa to, czego nie widziałaś jasno.
To, co podcinało Twoje kruche skrzydła, co duszę ci zabierało
Żebyś w końcu znikła...
Lecz musiało odejść, żeby znów oddychać.
Los zawsze odpowie, choć wcale go nie wzywasz.
Wcale go nie wzywasz
Lepiej być dla siebie, czuć ten błogi spokój,
Wiedzieć, dokąd się biegnie, nie gubiąc kroków.
Bo życie właśnie nieraz takie jest...
Gdy na jawie przeżywasz ciągle ten sam sen.
Ten sam sen