Takie to wszystko bez sensu
Jak ciepła zupa wylana do sedesu
Kręci się kręci pralka niepamięci
Tyle wzlotów podniet i przejęcia
I z wycieczek jakieś zdjęcia
Taki sam sweter jak dawniej
Może gwiazdka mi z nieba spadnie
Nie wiem czy pchać to dalej
Czy lepiej wsiąść w pociąg
Ciągle się pytam po co to po co
Esy floresy i zawijasy
Ludzie to zwykle same kutasy
A może zwyczajnie tak samo
Mają żyły wypchane watą cukrową
Która już się przejadła
Smutna walka o życie
O jutro choć zawsze jest dzisiaj
Siedzisz na chodniku i dłubiesz w oku starego misia
Znów takie samo jak co rano
Przedpołudnie z żywą raną
Co aż ogni się od wrzodów
Jakbyś cofał się do przodu
Czekasz na szansę której nie ma
Przystanek do szczęścia ktoś rozjebał
Zalepione oczy masz od pyłu
Najgorsze jest cofanie do tyłu
Sen z powiek zrywa się niechętnie
A potem nadejść nie chce
Uparty jak źrebię Mustanga
Na którym nawet Ci nie zależy
Popłynąłbyś w rejs bo to nie wyklucza
Że się utopisz i przestaniesz szukać
Zgrabna deklaracja nihilizmu
I nie chodzi tu o brak odwagi
Tylko o brak dobrego smaku
Zamglona wiedzą chęć do życia
Buraki niegodne filantropii
Jak pluskwy namnożyły się i żrą
Prosta funkcja robotnika
Konsumpcjonizm to nowa religia
Nikt już nie wie dokąd to zmierza
Też mam już dosyć, w mordę jeża
W końcu też usiądę, może nawet dzisiaj
I zacznę dłubać w oku starego misia
Znów takie samo jak co rano
Przedpołudnie z żywą z raną
Co aż ogni się od wrzodów
Jakbyś cofał się do przodu
Czekasz na szansę której nie ma
Przystanek do szczęścia ktoś rozjebał
Zalepione oczy masz od pyłu
Najgorsze jest cofanie do tyłu